Historia

Kwartalnik „Homo Dei” nr 3/2012

Ks. Wacław Dokurno

Sport w parafii: wychowanie i integracja

Zostałem poproszony o świadectwo na temat roli parafialnego klubu sportowego, zrzeszonego w ramach Salezjańskiej Organizacji Sportowej RP (SALOS), w małej wiejskiej parafii Przeczno. W tym roku mija 10 lat od poświęcenia boiska parafialnego przez bpa Józefa Szamockiego; dokonał go 12 maja 2002 r. Boisko powstało na terenie, który parafia otrzymała w ramach zwrotu ziemi zabranej przez władze komunistyczne PRL-u; udało się m.in. uzyskać teren, który stanowił część gminnego boiska piłkarskiego.

            

Od poświęcenia boiska do formalnego zawiązania klubu sportowego minęły 4 lata. Przyjrzawszy się różnym formom organizacji sportowych (m.in. parafialne kluby sportowe zrzeszone w Katolickim Stowarzyszeniu Sportowym Rzeczypospolitej Polskiej, uczniowskie kluby sportowe, Towarzystwo Gimnastyczne Sokół) zdecydowałem się na nawiązanie bliższych kontaktów z Salezjańską Organizacją Sportową Rzeczypospolitej Polskiej. Z jednej strony rokowała ona najwięcej nadziei czerpania doświadczeń oraz pomocy w poszukiwaniach wsparcia finansowego, z drugiej zaś strony duch salezjański był mi najbliższy z osobistych powodów. Moje powołanie kapłańskie kształtowało się bowiem w środowisku oaz michalickich w Miejscu Piastowym, gdzie pracował bł. ks. Bronisław Markiewicz – uczeń św. Jana Bosco. Salezjański styl współpracy ze świeckimi animatorami życia sportowego wydawał mi się najbardziej obiecujący na przyszłość w pracy duszpasterskiej w małej wiejskiej parafii pod Toruniem.

Pierwszym problemem duszpasterskim było przekonanie kilkunastu osób do podjęcia współpracy, aby mogło powstać formalne stowarzyszenie. Było to coś zupełnie nowego w środowisku parafialnym. Zwłaszcza w klimacie wiejskim wprowadzenie nowej formy współpracy kapłana ze świeckimi, jak i świeckich między sobą wymaga dość sporo czasu. Ostatecznie pierwsze walne zebranie wyborcze odbyło się 28 lipca 2006 r.

Z chwilą powołania do życia Stowarzyszenia Lokalnego Salezjańskiej Organizacji Sportowej w Przecznie (SL-SALOS Przeczno) kolejnym zadaniem, które wymagało poświęcenia dużej ilości czasu, było sprostanie ogromnej biurokracji niezbędnej dla funkcjonowania organizacji, która szybko uzyskała status organizacji pożytku publicznego (KRS 0000262613). Cała procedura rejestracji wymagała dokumentacji zawierającej około pół tysiąca stron dokumentów, spiętych w grubym segregatorze. Kolejne segregatory przybywały w kolejnych latach. Starania o dotacje z Urzędu Gminy, z Sejmiku Wojewódzkiego oraz, poprzez SALOS RP, z Ministerstwa Sportu i Turystyki, późniejsze rozliczanie poszczególnych dotacji oraz sprawozdania roczne dla urzędu skarbowego tworzą każdego roku około pół tysiąca stron dokumentów, spinanych w kolejnych segregatorach. Rekord biurokracji pobiła w ubiegłym roku dotacja w wysokości 2000 zł (słownie: dwóch tysięcy złotych) na zakup strojów dla drużyny piłkarskiej. Aby zaksięgować ostatecznie ten jeden rachunek, trzeba było wytworzyć 50 stron dokumentów (!), na których łącznie naliczyć można 50 urzędowych podpisów, oczywiście z 50 pieczątkami. Rozpisałem się o tym szerzej, gdyż w praktyce duszpasterskiej w wiejskiej parafii trudno jest znaleźć kogoś, kto ma odpowiednie umiejętności oraz może ofiarować społecznie czas na przerobienie takiej ilości dokumentów. Gros pracy spadło więc na proboszcza. Powoli w kolejnych latach udało się pozyskiwać współpracowników świeckich, którzy przejęli część pracy papierkowej. Wymagało to również zatrudnienia księgowej. Ten przerost biurokracji jest dziś jednym z głównych hamulców dla tworzenia nowych klubów sportowych w małych wiejskich parafiach.

Po pokonaniu przeszkód formalnych w założeniu klubu sportowego oraz podczas jego funkcjonowania można było zacząć szukać dzieci, dla których ten wysiłek został podjęty. W przypadku dużych miejskich parafii nie stanowi to poważnego problemu. Inaczej jest w środowisku wiejskim. Tutaj dzieci jest po prostu mało. W mojej parafii, liczącej niewiele ponad 600 osób, w jednym roczniku jest około 6–8 dzieci, pochodzących z 3 wiosek tworzących parafię. Dodatkowym utrudnieniem w zebraniu dzieci jest rozkład szkół w gminie. Dzieci z każdej z 3 wiosek chodzą bowiem do 3 różnych szkół podstawowych znajdujących się w 3 sąsiednich parafiach. Aby utworzyć jedną drużyną piłkarską o minimalnym składzie do halowej piłki nożnej, potrzeba około 10 dzieci z dwóch roczników, nie może bowiem być zbyt dużej rozpiętości wieku. Teoretycznie potrzebna jest więc mobilizacja wszystkich dzieci z całej parafii, a przecież nie wszystkie dzieci chcą akurat kopać piłkę. Szukamy więc pomocy wśród dzieci z innych parafii, uczęszczających do powyższych szkół. Przyjęliśmy praktyczne założenie, że w ramach jednej drużyny minimum 50% uczestników musi pochodzić z naszej parafii.

Liczby te pokazują trudności, ale i głęboki sens pracy podejmowanej w ramach parafialnego klubu sportowego w małym środowisku wiejskim. Z punktu widzenia duszpasterskiego jest to budowa najliczniejszej grupy rówieśniczej spośród wszystkich dzieci w parafii. Praca z rodzicami i dziećmi, którzy na co dzień żyją w 3 różnych środowiskach (sołectwach) i praktycznie się nie znają, stwarza możliwość lepszego poznania się i umacniania więzi osobowych w wymiarze całej parafii. Zanikają bowiem tradycyjne formy budowania relacji osobowych między parafianami, np. praca na roli nie wymaga już sąsiedzkiej pomocy, gdyż wskutek mechanizacji rolnictwa stała się ona już zbędna. Ponadto większość mieszkańców wsi pracuje zawodowo poza rolnictwem i często całymi dniami przebywa poza terenem parafii. Coraz mniejszą rolę odgrywają spotkania bezpośrednio po Mszy św. niedzielnej, gdyż większość parafian przyjeżdża do kościoła samochodami i od razu po liturgii wraca do domów. Ponadto specyfika szkolna w mojej parafii powoduje, że dzieci, chodząc do różnych szkół, nie znają swoich rówieśników z parafii. Do tego dochodzi często negatywna rola telewizji i internetu. Mimo to w dzieciach pozostało naturalne pragnienie zabawy z rówieśnikami, o których w najbliższym sąsiedztwie, niestety, jest jednak coraz trudniej.

Funkcjonowanie klubu sportowego pokazuje rodzicom potrzebę konkretnego zaangażowania i wymierne efekty ich działalności. Są to pieniądze, których bez formalnej struktury stowarzyszenia nie udałoby się pozyskać. Jest to pomoc w dowozie dzieci do miejsca realizacji wspólnych zajęć sportowych. W przypadku dalszych wyjazdów jest to również opieka nad dziećmi, które przeżywają sportowe emocje podczas zawodów. Te emocje udzielają się także rodzicom. Wydaje się, że są one intensywniejsze niż te, które występują w trakcie oglądania w telewizji rozgrywek na najwyższym, nawet światowym poziomie. Te konkrety są bardzo ważne. Samo mówienie o roli wychowania przez sport nie przekłada się na praktyczne zaangażowanie rodziców. Natomiast, gdy widzą konkretne cele, łatwiej ich przekonać o konieczności spotkania w ramach walnego zebrania członków całego stowarzyszenia. Bez obecności ponad 50% formalnych członków klubu decyzje walnego zgromadzenia byłyby bowiem nieważne, co pociągnęłoby za sobą niemożność starania się o dofinansowanie zajęć.

W wielu środowiskach miejskich mówienie o takich elementarnych zasadach funkcjonowania stowarzyszeń wydaje się zbędną oczywistością. Ale o ile w dużej parafii wystarczy zebrać kilka procent mieszkańców, którzy są już obeznani w sposobie funkcjonowania organizacji pozarządowych, to w środowisku małej wiejskiej parafii trzeba było pozyskać większość rodziców mających dzieci w podobnym wieku. Trzeba było również przełamać presję środowiska, z natury nieufnego do nowych propozycji duszpasterskich. To wymagało czasu i wielu rozmów. W praktyce kilka wizyt kolędowych poświęciłem tłumaczeniu każdej rodzinie sensu powołania parafialnego klubu sportowego.

Przez tych 10 lat przychodziły pokusy zwątpienia w sens tak czasochłonnego zaangażowania w budowę stowarzyszenia. Bywają bowiem tygodnie, że na trening piłkarski lub na zajęcia pływackie przyjdzie ledwie kilkoro dzieci. Chciałoby się, aby było więcej, ale wielu rodziców nie wykazuje minimum zaangażowania, aby pozwolić dziecku przyjść czy przyprowadzić je na zajęcia. Wielką pomocą okazywała się w takich chwilach postać św. Jana Bosco, który traktował sport jako jedno z podstawowych narzędzi wychowawczych i ewangelizacyjnych.

W bieżącym roku szkolnym w klasach od III do VI szkoły podstawowej w całej parafii jest 34 dzieci. Obecnie działają dwie sekcje sportowe: piłkarska i pływacka. Raz w tygodniu jeździmy na krytą pływalnię do pobliskiej Chełmży, gdzie jednocześnie może pływać 30 osób. Oznacza to, że praktycznie wszystkie dzieci z terenu parafii mogą korzystać (bezpłatnie) z zajęć na pływalni pod opieką trenera. Liczby te pokazują, że w takiej parafii klub sportowy może zapewnić zajęcia dla wszystkich dzieci, a nie tylko dla wąskiej grupy wyselekcjonowanej spośród chłopców i dziewcząt zamieszkałych na danym terenie, niezależnie od tego, czy przy wyborze preferuje się dzieci utalentowane sportowo, czy dzieci z rodzin ubogich bądź patologicznych. W małej parafii nie ma potrzeby stosowania żadnego takiego kryterium. Wystarczy, że dziecko chce oraz rodzic wyrazi pisemnie formalną zgodę. Stwarza to szansę wychowawczą również dla dzieci z trudnych rodzin bez ich napiętnowania, że uczestniczą w zajęciach klubu stworzonego np. dla pomocy w wychowaniu dzieci z rodzin patologicznych.

  

Obecnie w zajęciach w ciągu roku uczestniczy 18 dzieci z terenu parafii; wśród nich 9 korzysta zarówno z zajęć piłkarskich, jak i pływackich, pozostałe w jednej sekcji sportowej. Natomiast 16 dzieci nie uczestniczy jeszcze w zajęciach, choć niektóre bardzo tego pragną. Pozostaje tylko do przełamania nieufność rodziców… Oprócz naszych dzieci w zajęciach uczestniczy jeszcze kilkoro z sąsiednich parafii – kolegów i koleżanek z ławki szkolnej. Dotychczas nie udało się zbudować grupy dla młodzieży gimnazjalnej. Problemem jest nie tylko duża ilość zajęć w szkole. Często większą przeszkodą jest klimat wyśmiewania się z kolegów i koleżanek uczestniczących w jakiejkolwiek formie działalności parafialnej. Nieprzychylna atmosfera w stosunku do Kościoła, obecna w mediach publicznych, przenika bowiem bardzo mocno w środowisko młodzieżowe. Pozostaje tylko cierpliwie pracować i ufać, że po kilku latach uda się wychować tak silną wewnętrznie grupę dzieci i ich rodziców, że będą trwali w parafialnym klubie sportowym również po wejściu w wiek gimnazjalny.

    

Również powoli wzrasta zaangażowanie samych rodziców. Pierwszym krokiem było, przed 6 laty, zebranie 22 dorosłych parafian, którzy formalnie zawiązali stowarzyszenie. Dla niektórych jednak przyjście raz w roku na walne zebranie okazało się zbyt trudnym zadaniem, tak że trzeba ich było wypisać z klubu. Dużym problemem było przekonanie kilku osób spośród członków stowarzyszenia, aby utworzyły zarząd. Obecnie mamy już drugą jego kadencję, i powoli rośnie ilość osób angażujących się w prace klubu. Jest to długi proces uczenia się czynnego zaangażowania się laikatu w działalność Kościoła, o czym z takim naciskiem mówiły dokumenty Soboru Watykańskiego II. W środowisku miejskim łatwiej jest wybrać kilka osób spośród kilku tysięcy katolików; w małym środowisku trudniej przełamać bariery psychiczne. A także jest tu po prostu mało osób posiadających odpowiednie kwalifikacje psychiczne, moralne i merytoryczne do podjęcia takiej działalności.

Jedną z podstawowych form pracy w klubie sportowym jest praca trenera. Ponieważ mamy dotacje z różnych źródeł samorządowych i ministerialnych, to stawiane są formalne wymogi posiadania odpowiednich uprawnień do pełnienia tej funkcji. Dzięki włączeniu się w struktury Salezjańskiej Organizacji Sportowej RP mamy możliwość bezpłatnego zdobycia takich kwalifikacji. Aby jednak móc uczestniczyć w kursie trenerskim, trzeba mieć wykształcenie średnie oraz dysponować wolnym czasem na odbycie kursu. Jak do tej pory, nie udało się pozyskać ani jednej osoby z parafii, która spełniłaby oba te wymogi… Musimy więc zatrudniać trenerów z zewnątrz. Ufam, że jest to etap przejściowy i że po kilku latach wychowamy sobie własną kadrę trenerską.

Widząc powyższe trudności, cieszę się z rosnącego zaangażowania rodziców, którzy przedtem nie mieli styczności z taką formą udziału w życiu społecznym i parafialnym. Nie trzeba bowiem mieć wielkich kwalifikacji formalnych, aby dowieźć dziecko na zajęcia, aby zaopiekować się dzieckiem sąsiada. Towarzyszenie zaś swojemu dziecku osiągającemu sukcesy sportowe jest prostą i bardzo wartościową inwestycją w procesie wychowawczym. Cieszy mnie, że kilkoro rodziców świadomie włącza się w aktywne współtworzenie środowiska rówieśniczego dla własnych dzieci. Zaowocuje to zapewne, gdy wejdą one w wiek dojrzewania i w sposób naturalny będą silniej uzależnione od wpływu środowiska rówieśniczego.

Czy możemy się czymś pochwalić? Pewne sukcesy w pracy klubu sportowego w naszej parafii są dość spektakularne, więc podzielę się nimi, gdyż dodają nam one zapału w codziennej pracy. Bardzo wymierne są pieniądze, które udaje się pozyskać każdego roku na działalność klubu. Dla lepszego zilustrowania wielkości środków finansowych wspomnę, że budżet samej parafii, liczącej (jak już powiedziałem) około 600 mieszkańców, zamyka się w ciągu całego roku kwotą około 30 tysięcy zł. Natomiast roczny budżet naszego Stowarzyszenia Lokalnego Salezjańskiej Organizacji Sportowej w Przecznie przekroczył w ubiegłym roku 30 tysięcy zł. W przeliczeniu na jedno dziecko biorące udział w zajęciach dało to kwotę ponad tysiąca zł.

Dzięki dofinansowaniu z Ministerstwa Sportu i Turystyki uzyskaliśmy, jako jedyny na terenie całej gminy podmiot, możliwość systematycznej nauki pływania. Przez 7 miesięcy w roku w każdy piątek wszystkie chętne dzieci jadą ze swoimi rodzicami na krytą pływalnię na 2 godziny zajęć. Dla części jest to pierwsza okazja do nauki pływania. Przy okazji uczą się pływać niektórzy rodzice… Niestety, naszej gminy nie stać na sfinansowanie zajęć na basenie dla żadnej innej grupy dzieci w szkole. Dwa razy w roku organizujemy zawody pływackie wyłącznie dla naszych dzieci, można więc śledzić rozwój ich umiejętności sportowych. Pamiątkowe medale i puchary są dodatkową motywacją do nauki pływania. Walorem cotygodniowych zajęć na basenie jest fakt, że uczestniczy w nich stała grupa dzieci (z sekcji pływackiej) wraz z kilkoma rodzicami. Wspólna zabawa i współzawodnictwo budują realną wspólnotę. Rodzice i dzieci, którzy przedtem się często w ogóle nie znali, powoli zaczynają się ze sobą zaprzyjaźniać.

    

Po 2-letniej pracy sekcji pływackiej, latem 2011 r. udało się zorganizować tygodniowy obóz sportowy w… Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Spale. Koszt obozu dla jednego dziecka wyniósł 200 zł. W obozie wzięło udział 12 dzieci pod opieką trojga rodziców, trenera i proboszcza. Wybraliśmy najtańszą formę dojazdu - koleją. Okazało się, że było to rozwiązanie również bardzo atrakcyjne, gdyż dla połowy dzieci była to pierwsza w życiu podróż pociągiem. Mieszkaliśmy w gościnnym ośrodku rekolekcyjnym przy parafii w Spale. Każdego dnia na godzinę wynajmowaliśmy część basenu. Udało się podpatrzeć trening kadry narodowej polskich siatkarzy. Oczywiście były autografy i wspólne zdjęcia… Popołudniami dodatkowe atrakcje: podchody w spalskich lasach, zwiedzanie bunkrów z czasów II wojny światowej w Konewce, gry w piłkę nożną i siatkową itp. Szczególnym przeżyciem każdego dnia była Eucharystia sprawowana w zabytkowym kościółku zbudowanym przez prezydentów II Rzeczypospolitej. W okresie międzywojennym Spała była bowiem letnią rezydencją prezydenta RP.

  

Przygotowywaliśmy się do tego wyjazdu przez 3 lata. Największym problemem było zdobycie się na odwagę trójki rodziców, którzy wraz z naszym trenerem nauki pływania podjęli się odpowiedzialności za opiekę nad dziećmi. Drugim problemem było przełamanie oporu dzieci i ich rodziców, aby zechcieli skorzystać z takiej formy spędzenia tygodnia wakacji. Najbardziej cieszę się właśnie z tego przełamania oporów psychicznych i podjęcia decyzji o pierwszym wspólnym wyjeździe. Może się to wydawać dziwne dla osób, które są przyzwyczajone do "łapania" każdej okazji na wspólny wyjazd, ale w małym środowisku wiejskim pokonanie swoistej nieśmiałości w podejmowaniu takich inicjatyw jest dużym sukcesem.

Najdłuższy staż ma za sobą sekcja piłkarska, która dała początek działalności klubu. Z początku byli to starsi chłopcy, których przyciągnęła m.in. perspektywa otrzymania profesjonalnych strojów piłkarskich (z własnym numerem i nazwiskiem na koszulce). Po kilku treningach wyjechaliśmy na zawody ligi salezjańskiej, zdobyliśmy pierwszy puchar… i po letnich wakacjach drużyna przestała istnieć. Od nowego roku rozpoczęliśmy pracę z chłopcami z młodszych klas szkoły podstawowej. Rozpoczęły się systematyczne treningi i oczywiście nastąpił zakup nowych strojów piłkarskich. Stroje  zamawiamy w profesjonalnej wytwórni strojów dla drużyn ligowych. Musi być logo drużyny, numer i koniecznie nazwisko zawodnika. Pamiętam słowa krytyki, że jest to rozrzutność, jednak dla chłopców był to przedmiot dumy i mobilizacja do pracy. W sumie przez 6 lat udało się zakupić aż 45 kompletów strojów sportowych do gry w piłkę nożną, tylu bowiem zawodników przewinęło się przez sekcję piłkarską. Niektórzy szybko się wycofali, ale powoli buduje się stała drużyna. W ubiegłym roku do chłopców grających w piłkę dołączyło również kilka dziewcząt. Dwa razy w roku organizujemy zawody piłkarskie dla amatorskich drużyn z sąsiednich parafii w ramach Pucharu im. bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. Wszystko musi być na najwyższym poziomie: sędziowie z PZPN, honorowy patronat Marszałka Województwa, dyplomy dla każdej drużyny, puchary, medale dla zawodników z 3 najlepszych drużyn, nagrody…; ważne, aby dzieci poczuły się w pełni dowartościowane. Szafa z pucharami i medalami na plebanii wygląda coraz okazalej. Wielokrotnie słyszałem opinię, że sport na poziomie amatorskim w rodzinie salezjańskiej jest jeszcze najczystszą formą sportowej rywalizacji, z wielkimi emocjami, ale bez brutalności, przekleństw, podstępnej walki o pieniądze. I choć nie jest idealnie, to doświadczam powoli błogosławionych owoców decyzji włączenia się mojej diecezjalnej parafii do rodziny Salezjańskiej Organizacji Sportowej.

Stopniowo rodzą się kolejne inicjatywy. Ostatnią była zabawa karnawałowa dla wszystkich dzieci z parafii. Ku zdziwieniu wielu mieszkańców nie wymagaliśmy żadnej opłaty od uczestnika. Wystarczyło zaangażowanie kilkorga rodziców…

Szczególnym znakiem Opatrzności Bożej jest dla mnie modernizacja parafialnego boiska sportowego. Od uzyskania pierwszej części terenów byłego boiska piłkarskiego przez kolejnych 10 lat staraliśmy się – w ostatecznym rezultacie skutecznie – o pozyskanie pozostałych części, które były własnością gminy oraz Agencji Rynku Rolnego. Należało jeszcze wyrównać cały teren. I znowu pomoc przyszła nieoczekiwanie: podczas prac remontowych przy drodze wojewódzkiej przebiegającej w pobliżu boiska otrzymaliśmy bezpłatnie około 5 tysięcy ton ziemi. Z innych źródeł otrzymaliśmy 2 komplety atestowanych bramek piłkarskich. Można na to patrzeć przez pryzmat talentu organizatorskiego i szczęśliwego zbiegu okoliczności, byłbym jednak niewdzięczny wobec Boga, gdybym nie powiedział, że za tymi sukcesami w wymiarze czysto materialnym stoi coś więcej, co wierzący nazywają doświadczeniem Opatrzności Bożej.

  

   W takich sytuacjach przypominam sobie zawsze postać sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, który złożył takie oto świadectwo na Tygodniu Eklezjologicznym KUL: Druga dziedzina, gdzie się ma objawiać odwaga wiary, to odwaga podejmowania dzieła bez środków, przede wszystkim materialnych. Ogromna ilość inicjatyw rozbija się o brak środków i załamuje się. Jeżeli budzi się jakaś myśl, jakaś inicjatywa odpowiadająca potrzebom, palącym potrzebom naszego chrześcijaństwa, Kościoła, to zaraz pojawia się pierwsze pytanie: a skąd weźmiemy na to środki? Kto będzie finansował? Wtedy oczywiście kończy się na dobrych zamiarach i nawet 2% czy 1% z tych rzeczy się nie realizuje. Bo zabrakło odwagi. [...] Z doświadczeń naszego ruchu mogę powiedzieć, że jeszcze nigdy tak nie było, żebyśmy podejmując jakiekolwiek dzieło, mieli na to jakiekolwiek pieniądze. Ale jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było, to znaczy: co było potrzebne dla sprawy, dla dzieła, zawsze stało się możliwe. Wielu ludzi pyta: skąd oni mają te pieniądze? Domyślają się różnych rzeczy, a tego jednego się nie domyślają, że po prostu tych pieniędzy nie ma, ale jest Opatrzność Boża (ks. F. Blachnicki, Świadectwo niepokornego, wypowiedź z 25 X 1979 r.).

Przytoczenie tej dłuższej wypowiedzi sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego nie jest przypadkowe. Uczestnicząc osobiście w życiu oazowym od 1975 r., ukształtowałem mój sposób myślenia duszpasterskiego w duchowości Ruchu Światło-Życie. Doceniając rolę sportu w pracy wychowawczej, pragnę iść dalej w głąb tą drogą, proponując dzieciom, młodzieży i ich rodzicom wyjazd na 15-dniowe rekolekcje oazowe. Doświadczam jednak, że taka propozycja jest trudna do przyjęcia, stąd jako przygotowanie do wyjazdu na rekolekcje stosuję łatwiejszy do akceptacji wyjazd na krótszy obóz sportowy. Te dwie rzeczywistości się pięknie uzupełniają. Troska o rozwój aktywności sportowej w parafialnym klubie sportowym w sposób naturalny prowadzi do ożywienia zaangażowania w życiu liturgicznym. Początkiem jest zwykła modlitwa „Ojcze nasz” na rozpoczęcie każdych zawodów czy troska o eliminację przekleństw na boisku. Jakie będą dalsze owoce zaangażowania w prace naszej salezjańskiej organizacji sportowej w parafii, to trudno przewidzieć. Ufam jednak, że wspólnie będziemy coraz lepiej poddawać się Bożemu prowadzeniu.

Na zakończenie przytoczę kilka świadectw dzieci i ich rodziców:

Gdy zaczynałam swoją przygodę z SALOS-em w sekcji pływackiej, nie miałam wielkich szans na sukcesy. Nie potrafiłam pływać. Po obozie sportowym z Spale nabrałam pewności siebie, bo odniosłam tam pierwszy sukces w pływaniu: zajęłam 3. miejsce. Jesienią zaczęłam grać w piłkę nożną. Bardzo lubię spędzać wolny czas z przyjaciółmi na treningach. Na naszych spotkaniach nie ma podziału na gorszych i lepszych. Najważniejsza jest dobra zabawa, którą zapewniają nam fajni trenerzy. Myślę, że właśnie o to chodzi.  (Weronika „Szogun”)

Swoją karierę sportową rozpoczęłam na basenie. Uczyłam się wtedy pływać, a już po paru miesiącach nauki brałam udział w pierwszych zawodach pływackich. Wtedy nie poszło mi najlepiej, ale wiedziałam, że po paru miesiącach pływania nauczę się pływać na szóstkę. Moje pierwsze bicie rekordów czasowych w pływaniu rozpoczęło się od 2010 r., gdy zajęłam pierwsze miejsce w mojej kategorii wiekowej. Od tamtego czasu na każdych zawodach staję na podium na pierwszym miejscu, i na razie nie mam zamiaru stamtąd zejść. Na piłkę nożną zaczęłam chodzić we wrześniu ubiegłego roku, gdy po obozie sportowym w Spale uświadomiłam sobie, że to bardzo fajne zajęcie. Lubię te zajęcia za to, że dzięki nim mogę rozwijać swoje umiejętności związane z danymi dyscyplinami i spotykać się z przyjaciółmi rzadko widzianymi na co dzień. (Natalia „Bunia”)

Najbardziej lubię wspólne spotkania w klubie i wyjazdy na obozy sportowe.  (Andrzej)

Kibicujemy naszej drużynie z Przeczna. To jest nieduża parafia koło Torunia. Mało w niej dzieci. Jeździmy z nimi na zawody, aby im kibicować, żeby im się dobrze grało. Jesteśmy zainteresowani, aby dzieci miały kontakt z inną młodzieżą, żeby po prostu zobaczyły kawałek świata, żeby znały nie tylko nasze tereny.  (Małgorzata)

Wyjechałam na obóz do Spały, bo moje dzieci były za małe, aby pojechać same. Cieszę się z tego wyjazdu, bo spodobało mi się w Spale i dzieciom również obóz się spodobał.  (Dorota)

Poświęcam sporo czasu na pracę w klubie. Daje mi to satysfakcję, że nasze dzieci mają co robić w wolnym czasie, że się nie nudzą, nie broją, a mają jakieś konkretne, pożyteczne zajęcie.  (Tomasz)